Zzzizimno... -9,2 przy wyjeździe, - 7 po powrocie.
Jako że mam wolne aż do poniedziałku, postanowiłem dobrze spożytkować czas i wykręcić następną "setkę". Po rzucie okiem na termometr dodałem kilka warstw odzieży ;) i w drogę!
Pogoda na dzisiaj - zimowa :)

Ja to nazywam "suchym" mrozem - niska temperatura + niska wilgotność, tak że nawet śnieg jest sypki jak mąka. Trasa mniej więcej taka jak 2 dni temu, tyle że w drugą stronę i mniej lasem a więcej po szosach.
Wstyd się przyznawać, ale jak przedwczoraj wymieniałem dętkę, to z tej złości na kiepski początek zostawiłem po sobie trochę śmieci... Może to śmieszne, ale sumienie tak mnie gryzło, że dzisiaj specjalnie zahaczyłem o tą okolicę aby po sobie posprzątać:

Hm... dam głowę że przedwczoraj była tu droga... Gdzie się podziała? :)

Szosa Gdańska - znowu :/ Ostatnio zbyt często tędy jeżdżę, a co za dużo to niezdrowo...

Jakieś 5 km za Włókami (ok. 25 km od domu) stojąc na światłach rzuciłem okiem na Vśr:

Równe 29 km/h ^^ Do gry włączyła się durna ambicja i postanowiłem wykręcić w zimie "letnią" średnią 29,5-30 km/h. Na efekty długo nie trzeba było czekać - na jednej z dróg (bardzo wąskiej) dla bezpieczeństwa przed wymijającymi samochodami trzymałem się jak najbliżej krawędzi - słowem jechałem po asfalcie przykrytym śniegiem. W jednym miejscu okazało się, że śnieg przykrywał też sporą łachę lodu. Skutek chyba łatwy do przewidzenia, a że jechałem wówczas prawie 36 km/h - nie był to "lekki" upadek. Krótko: z łokcia i kolana zrobiłem sobie befsztyki po tatarsku:

(zdjęcie niewyraźne, może to i lepiej bo widok paskudny), w połowie długości piszczeli krwiak i obrzęk jak kurze jajo. Spodnie dorobiły się dodatkowego otworu wentylacyjnego i upaprały krwią , bluza - o dziwo - wytrzymała. W przeciwieństwie do mnie rower wyszedł z tego bez poważniejszych uszkodzeń - wystrzępione siodło (tym razem z drugiej strony ;) ), przytarta kiera, urwany przedni błotnik i rozbita szybka manetki lewej (która mimo to wciąż chodzi).
Później jechałem nieco spokojniej, zimno mi tą nogę znieczuliło - i dobrze, bo ledwo rozgrzałem się w domu zaczęło boleć jak cholera. Kości i stawy na szczęście mam całe, ale tkanki miękkie urządziłem sobie na cacy T.T Obrzęk w ciągu godziny powiększyłsię o połowę. Nie wiem czy dam radę wyjść jutro na rower :(
Ale trzeba być optymistą - i tak świetna wycieczka :D
I uczcie się na moich błędach - nie wiadomo co leży pod śniegiem :/