Głupio wyszło, bo ostatnio jeździłem przy każdej pogodzie, a dzisiaj przestraszyłem się 15-minutowej mżawki :) A było to tak: rano cieplutko, piękne słoneczko, prawie bezchmurne niebo... ale od 50 km pogoda gwałtownie zaczęła się psuć. Ochłodziło się, wiatr - i tak silny - zrobił się jeszcze silniejszy, nie wiadomo skąd przywiało mnóstwo chmur... Słowem byłem pewien że jak zaraz huknie burza to nie będzie co zbierać. Popędziłem do domu, na ostatnich km dopingowany przez pierwsze krople deszczu, schowałem rower i zabrałem się za czyszczenie i smarowanie. Oczywiście, zanim wyszedłem "ulewa" już się skończyła i znów wychodziło słoneczko :D
Dzisiaj po raz pierwszy pobiłem magiczną barierę 2000 km w miesiącu :) Ale w głowie mi się nie mieści że są tacy co jeżdżą po 2,5 a nawet 3k km... Dla mnie już te 2k to szczyt fizycznych możliwości...
Sucho, ciepło i przyjemnie - gdyby tylko był słabszy wiatr, byłoby wprost idealnie :)
Do miasta przez Strzelce-Żołędowo-Osielsko po nowe klocki hamulcowe bo zima potraktowała stare stopery jak papier ścierny ;) W drodze powrotnej Myślęcinek, później tą samą trasą do Borówna i dalej po Szosie Gdańskiej jakieś 10-15 km, powrót przez Gądecz i Hutną Wieś.
Malownicza rudera pod Myślęcinkiem: Minidirtówka przy tzw. "stoku narciarskim" (co to za stok na którym nawet 3 skrętów nie zdąży się zrobić?) Jedna z myślęcińskich rzeczek: Dowód na to, że Strefa Schengen działa - nawet nie zauważyłem kiedy przekroczyłem granicę, choć tym razem chyba zapuściłem się za daleko ;)
Wokół miasta po szosie. W drodze powrotnej zahaczyłem o Myślęcinek, ale po kilku km tylne koło trochę mi zaczęło bić na boki - widocznie wczoraj trochę je nadwyrężyłem :/
Na szczęście już je wycentrowałem, choć niespecjalnie mi to szło ;) Do tego trzeba mieć chyba smykałkę... Albo lepsze narzędzia :)
Pętla wokół miasta, a póżniej - korzystając ze ślicznej, słonecznej pogody - do znudzenia po polach i lasach za Doliną Śmierci. Skupiłem się na ćwiczeniu techniki jazdy, a zwłaszcza na wychodzeniu cało z zakrętów na drogach ziemnych przy 25-30 km/h. Z kilku cało nie wyszedłem ;) ale nic poważnego się nie stało, zresztą wydaje mi się że właśnie dzięki temu czegoś się jednak nauczyłem :)
Rozjazdówka po dniu wczorajszym, krótka i na luzie bo wczoraj nabawiłem się eleganckiego zapalenia gardła... Oddycham teraz jak Lord Vader, a głos mam jak Louis Armstrong w "Wonderful world" :D Zresztą dzisiaj warunki są tragiczne, wszystko się zmienia dosłownie co 10 minut. Ładnie to zresztą widać na fotce: Na jednym zdjęciu widać nisko przelatujące chmury "burzowe", leżące wyżej "deszczowe", na ziemi kałuże po ulewie - a na dokładkę fragment wesolutkiego, błękitnego nieba ;) Po prostu pomieszanie z poplątaniem...
Dzisiaj postanowiłem dokończyć wreszcie przeprowadzkę z rowerem z piwnicy do komórki pod schodami, którą w przyszłości zamierzam zmienić na taki swój miniwarsztat ;) Przy okazji zrobiłem wreszcie porządek ze swoimi rowerowymi gratami. Ponad połowę trzeba było wyrzucić bo do niczego się już nie nadawały... Z pozostałymi częściami jakoś się pomieściłem w niezbyt obszernej komórce: Kącik ciasny - ale własny :) Postarałem się żeby był jakiś porządek, na pierwszej półce czyszczenie + smarowanie, na drugiej - narzędzia, śrubki, dętki i oświetlenie: Trzecia półka poszła na napęd: A na czwartą trafiły przerzutki, manetki, klamki, linki, pancerze i hamulce: Na sam dół trafiły graty których nie chciałem wyrzucać, a z którymi w tej chwili nie mam co zrobić. Bardzo jestem ciekaw jak długo uda mi się taki wzorowy porządek utrzymać ;)
Przy wczorajszym odbieraniu indeksów okazało się że w kilku (łącznie z moim) brakuje podpisów profesorka z Torunia. Trzeba było jechać, ale jak rano wstałem i wyjrzałem za okno to mi ochota przeszła. Furtki nie można było przez ten wiatr otworzyć... postanowiłem poczekać, a nuż się wypogodzi - ale o 10 miałem dość i pojechałem. Droga która zwykle zajmowała mi 1,5 h tym razem wydłużyła się do ponad 2 h ostrego mielenia prawie centralnie pod wiatr.
Za to powrót... :D Wiatr tylno-boczny, a taki silny, że na dystansie 46 km średnia 31,1 mimo sporego zmęczenia i deszczu ^^ Mogłoby być nawet przyjemnie, ale byłem zbyt przemoczony, wykończony i głodny żeby taką frajdę należycie docenić :/
W sumie cieszę się żę wyszedłem, bo chociaż się solidnie zmachałem, ale gdybym nie musiał jechać, to w taką pogodę z pewnością zostałbym w domu...
Trochę zwariowany dzień... Rano wyruszyłem o 5 z zamiarem wykręcenia do 8.30 przynajmniej 95 km. Taa... W Fordonie nie było źle, później fragment lasem - wciąż wszystko OK. Wyjazd z lasu - i mało mnie wiatr nie wywrócił. Takiej wichury dawno nie było :( Dusiłem ile się dało, ale wyszło "zaledwie" 78 km i średnia ~ 22 km/h. Ale nie to się liczy, najważniejsze że zmęczyłem się za wszystkie czasy :P
Na drodze p-pożarowej nr 5 miałem z jednej strony wschód słońca, a z drugiej to: Chyba zachód księżyca? :) Przed punktem docelowym pstryknąłem jeszcze zakole Brdy, w tle hala sportowa "Łuczniczka" - i znów ten księżyc ;) Później zajęcia, nic ciekawego. Nasz asystent nie miał dzisiaj na nas siły (dyżur miał biedaczek) i za naszą zgodą puścił nas przed 11 :) Po drodze do roweru złapałem tą piękną sroczkę: W tle szpital im. Biziela. Chciałem wrócić do domu "małą pętlą" przez Żołędowo-Włóki-Strzelce (ok. 35 km), ale w Borównie komórka - "trzeba odebrać indeksy, a mnie autobus właśnie uciekł, a ty masz rower" i tak dalej :/ Co było robić - wróciłem, odebrałem (30 minut czekania aż się obchód skończy) i chciałem wracać tą samą drogą - ale - wstyd powiedzieć - nie miałem już siły ani ochoty :(
Zamiast tego powrót najkrótszą drogą, po drodze parę zdjęć mojego miasta widzianego z siodełka ;) Panorama miasta: Ścieżka rowerowa wzdłuż Kamienej praktycznie pusta - a ulica jak zwykle zakorkowana. Czemu nikt się nie przerzuci z blachosmrodu na rower? ;) A tu już ścieżka wzdłuż ul. Inwalidów: Na koniec już w samym Fordonie złapałem ekipę od "bezodwiertowej renowacji kanalizacji": Brzmi intrygująco, ale te bijące w niebo opary nie wyglądają przyjemnie... Ciekawe czy aby nie szkodliwe? ;/ Jak widać wiatr wciąż nie odpuszczał. Za to pogoda rewelacyjna, wreszcie znów wyjrzało słoneczko :)
Nawet niezłe warunki - przynajmniej porównując z wczoraj. Ze śniegu i lodu zostały już tylko kałuże :/
Dzisiaj znów widziałem znajomego "dziadka-szosowca", wygląda na to że jeździmy tą samą trasą o tej samej godzinie. Chyba mnie również poznał, bo sobie pomachaliśmy :) Szkoda że jutro go nie spotkam, bo wystartuję godzinkę wcześniej...
Na uczelnię, jechało się wyjątkowo ciężko - wczoraj rano śnieżyca, wieczorem ciepło więc się śnieg nadtopił. A dzisiaj w nocy znów mróz - i cały ten na wpół stopiony śnieg zamarzł na szklankę. W efekcie na ścieżkach rowerowych porobiły się lodowe "koleiny" na kilka cm, a jak się po czymś takim jedzie - wiadomo :/
Jako ciekawostka: rano na takiej morderczej nawierzchni minąłem kolesia na... szosówce O.o A ja miałem problem z opanowaniem maszyny na oponkach 2,1"... Szacunek! :)
Powrót zimy - rano jak sypnęło to całe miasto się zakorkowało... A ja zasuwałem sobie po dziewiczym śnieżku na ścieżkach rowerowych :) Po południu oczywiście zupełna "odwilż" - czyli nagły atak zimy trwał jakieś pół dnia ;)
Trasa - "dłuższa" na uczelnię + dziekanat w poszukiwaniu zaginionego indeksu :)
BikeForum Team -
Jeżdżę bo lubię :) Rower to mój samochód, sposób na zdrowie i styl życia. W zawodach raczej nie startuję, choć nie mam nic przeciwko "przyjacielskim" wyścigom